Borek Lipiński czyli wsi sielska, anielska.

04-10-2015r.

Nie lubię. No bardzo nie lubię jechać przez całą Retkinię by wydostać się z miasta. I nie ma dla mnie znaczenia czy słońce oczy cieszy, czy pochmurny i wietrzny dzień je załzawia. Katorga. Dopiero most na Nerze zawsze mi odpoczynkiem chwilowym służy. Ileż to razy zastanawiałem się nad innym dojazdem, próbowałem, jechałem ale jak choć trochę na czasie zależy to… kręcisz w autobusowych spalinach.

Tym razem z zaległą, oj dawno obiecaną wizytą jechałem. Rodzinnie znaczy się miało być i było 🙂

Początki znane doskonale, przez Gorzew, Górkę Pabianicką i tu zatrzymuję rower przy sklepie by zakupić drobne wspomagacze w razie co. Odmiana wielka, nie spodziewałem się. Wiejski sklep zmienił się w delikates jakiś. Nawet całkiem dobrej kawy mogłem popróbować. Fajnie. O ten sklep mi chodzi 😉 Potem do Woli Żytowskiej trochę szutru i spokoju od samochodowego hałasu. Nie ma go dziś dużo, w końcu to przedobiednia niedziela to i za bardzo nie narzekam.

W wielu miejscach czytałem o rzece Pisi, tej w mazowieckim.Pewnie wielu słyszało nazwę Pisia Gągolina lub Pisia Tuczna. Sporo jej opisów w sieci. To i ja zatrzymałem się nad Pisią, ale inną, taką naszą, ta do Neru wpływając bieg swój kończy. Malutka rzeczka, choć po tegorocznych suszach sporo większych podobnie wygląda. Wystarczy spojrzeć na pierwsze tu zdjęcie, Neru, który zazwyczaj tak nie wygląda.

Prosta droga ale nudy nie ma. Trochę terenu otwartego troszkę przez las, trafił się i odcinek dość piaszczysty. Była leśna chwila na gaszenie pożaru i naturalny energetyk. Po paru km wjeżdżam w granice Szadku i trafiam na główny rynek, dziś bardziej parking i zielony skwerek, czysto i zadbanie.

Zakręcam by spojrzeć na kościół Wniebowzięcia NMP i św. Jakuba Apostoła. Nie mogę wejść do wnętrza, msza św. Trzeba będzie tu jeszcze zajechać bo nie tylko ten zabytek wart zwiedzenia, a i okolica zachęca.

…kościół parafialny Wniebowzięcia NMP i św. Jakuba Apostoła zbudowany w l. 1333-1335 w stylu gotyckim w miejscu drewnianego zniszczonego przez Krzyżaków w 1331 r. Świątynię rozbudowano przed poł. XIV i w poł. XVI w., także po 1868 r. i w 1905 r. Jest to budowla trójnawowa, halowa, podparta szkarpami. W fasadzie i w przejściu do zakrystii posiada profilowane ostrołukowe portale… źródło

Jak wczytać się głębiej, troszkę w sieci pogrzebać to robi się coraz ciekawiej. Temat kolejny?

Dalej w drogę. Wyjazd z miasteczka na Kotliny i po chwili niespodzianka. Z naprzeciwka cyklista, znajoma postać, toż to Piotr z Rowerologii. Ten ma parę w kolanach. Z wizytą gdzieś był, a że kręcenia jakoś mu mało to i kółko, czy raczej spory okręg robi. Nie zbadane są drogi i niespodziane spotkania rowerzystów 🙂

Chwila rozmowy szybko mija, kręcimy w przeciwnych kierunkach. Za chwilę mijam rz. Pichnę i po paru km jestem u celu. Ileż lat tu nie byłem? Mniej więcej 15, a pamiętam miejsce sprzed dobrych czterdziestu. Czas się tu niemal zatrzymał. Wszystko na miejscu. Może inwentarza nie ma, drzewa jakieś większe, tych wierzb nie kojarzę zupełnie…

Tam dalej, za stodołą w krzaczorach był staw, wysechł, a krzaki w drzewa się zmieniły. Za kawałkiem pola las, prawdziwki. Może i do dziś.

Były i klatki pełne królików. Obiednie mięso z nich okrutnie mi wtedy nie smakowało. Kur, kaczek, żółciutkich kurczaczków nikt nie usiłował zliczyć. Była i krówka jakaś, tej nie pamiętam. Chałupa za to, ach, strzechą kryta, nie taką dzisiejszą pod sznurek przyciętą. Podłogi, zaraz jakie podłogi, toż klepisko gliniane było. Twarde jak kamień. W stołowym, co i za sypialnię służył dywany stare przykrywały posadzkę. Stół wielki na środku. Piec kuchenny, kaflowy z fajerkami do dziś stoi i ciepło w jesienne dni daje. Kuchnia? Toż sień na pół przedzielona z małym, kwadratowym okienkiem. Za łazienkę też służyła. Wieczór lampy naftowe oświetlały. W nocy, ciemnej, że oko wykol, ciszę przerywał tylko trzask pułapek na myszy, czasem jakiś talerz zabrzęczał. Oj się działo…

Dziś miejsce za przedłużone letnisko służy. Od kwietnia do połowy października. Troszkę ucywilizowane, pobyt wygodniejszym czyniąc. Podłogi drewniane od dawna, jest i woda w kuchni, i żarówka pod sufitem. Zwierząt już nie ma, któż by tu zimą siedział, a czasem i w sezonie do Łodzi trzeba zawitać. Poza tym siły już brakuje. Sklep pod próg zajeżdża, u sąsiadów warzyw nadmiar, a jak trzeba coś więcej to Rossoszyca blisko, a jakże, rowerem.

Rozmowy, wspomnienia szybko czas zapełniają. Pora mi wracać. Za dnia na pewno już nie zdążę więc dalej do Sieradza. Liczę na jakiś pociąg. Droga prosta, asfalt dobry, las cudny. Szybko mi mija. Zatrzymuję się dopiero na moście nad Wartą, przy pomniku.

Trzeba się rozpytać o dalszą drogę na dworzec. Akurat powoli przejeżdża jakiś rowerzysta, widać szosowiec. Doganiam i pytam. Cyklista pomoc oferuje i deklaruje się poprowadzić do dworca kolejowego Sieradz-Warta. Bliżej i nie trzeba telepać się przez całe miasto. Ok. Trochę wcisnął na pedały, usiłuję koła dotrzymać, ale gdzie tam. Tempa takiego nabrał, że … no dobra, z oczu go straciłem. Czekał na skręcie, teraz już razem kilkaset metrów i jesteśmy na miejscu. Chwila rozmowy i okazuje się, że to były kolarz sieradzkiego klubu. Dziś ma ponad 70 lat, wygląd i krzepę, że tylko zazdrościć mogę. Tu mu dzięki wielkie składam, może przeczyta kiedyś.

Długo czekać nie musiałem. Aglomeracyjna to nie była tylko ten żółty tramwaj. Do Łodzi dowiezie, najważniejsze.