Dzień pierwszy, do Lichenia Starego.

02/03-05-2015r.

Pomysł wyprawki leżał w szufladzie od jesieni ubiegłego roku. Nie moja ta szuflada a latorośli (co już podrosła zbyt wyraźnie), która w plan harcerski rowerowy Licheń sobie wpisała, a mnie przecież do takich wybryków szczególnie zachęcać nie trzeba. Mijały miesiące, czas jakoś nie pozwalał na realizację, a kiedy już przyszedł ten moment, ta chwila… to okazało się, że jadę sam. Podobno terminy jeszcze bardzo nie gonią, a teraz młoda inne towarzystwo i kierunek wybrała. Ech te góry, przecież i ja je schodziłem w licealnych czasach. Beskidzkie schroniska każdego niemal weekendu były mi domem. To i zbyt mocno nie protestowałem.

Przygotowania do D-Day szły pełną parą. Przede wszystkim musiałem w końcu złożyć nowe koła. Obręcze już miałem, parę tygodni wcześniej kupiłem Mavic’i A319, teraz piasty Novateca, w przyjaznym warsztacie dokupiłem szprychy i zleciłem złożenie wszystkiego. Cała reszta niezbędności przecież jest. Założeniem było, że jadę na dwa dni. Nocleg planowałem znaleźć już na miejscu, czy to w prywatnej kwaterze, czy też w jakimś domu pielgrzyma.

Pierwszo majowy weekend, przedłużony od normalnego o jeden dzień zapowiadał się całkiem przyjemnie. Miało być pogodnie choć troszkę chłodniej, tak akuracik na rower. Się okaże dalej jak ten akuracik mi sprzyjał … w twarz ;).

Sobotni, bardzo wczesny i bardzo chłodny ranek w letnim siedlisku. Termometrowa rtęć powędrowała ledwie dwie kreski ponad zero. Kawa plus obfite śniadanie stawiają mnie na nogi, rozgrzewają. Rower zapakowany. No trochę tych gratów się jednak zebrało. Niby tylko dwa dni, a trzeba zabrać ciuchy na zmianę plus ubranie cywilne – nie wejdę przecież do kościoła w rowerowej koszulce i spodenkach z pampersem.

rower

Zimno, musiałem nadprogramowo zabrać ciepły polar i dopiero ten zapewnił mi komfort jazdy. Kierunek Leźnica Wielka, Osiedle. Nad Zalewem planuję pierwsze zatrzymanie, nie licząc oczywiście tych zdjęciowych. Droga dobra, powoli się rozgrzewam bo i słońce zaczyna lepiej świecić. Nieustannie lubię te okolice. Na drodze nie ma nudy. Krajobraz zmienia się co chwilę, a wczesnym majem jest wyjątkowy świerzy.

Leźnica Osiedle, Zalew

Nie pomnę już, który to raz zajeżdżam nad Leźnicki Zalew. Jakoś tu lżej się oddycha. Pewnie to ta spokojna woda, zielone otoczenie, czyste i niebieskie niebo tak działa, że każdy przyjazd tutaj cieszy. Wędkarze też mają tu używanie. Zalew jest systematycznie zarybiany przez koło wędkarskie to i pewnie nikt o mydle nie wraca do domu. Polecam miejsce, daleko z Łodzi nie jest, busy, autobusy kursują – wystarczy poszukać w sieci i czas sobie dopasować.

Mijam rzeczkę Gnidę, właśnie ona zasila leźnickie jeziorko i mniej więcej od tego miejsca zaczynają się otwarte przestrzenie, które właściwie będę miał do końca dzisiejszego dnia. Były krótkie, leśne wyjątki, ale to jak wisienka na torcie, za którą zawsze tęsknimy. Wjeżdżam, a włściwie to już jestem na terenach Pradoliny Warszawsko-Berlińskiej.

…Obszar obejmuję dolinę rzeki Bzury wraz z otaczającymi ją podmokłymi, łąkami, terenami rolniczymi, kompleksami stawów rybnych, mniejszymi ciekami wodnymi, stanowiącymi dopływy Bzury, a także niewielkimi lasami. Dolina Bzury ma w tym rejonie szerokość ok. 2 km i jest silnie zatorfiona. Występuje tu gęsta sieć rowów odwadniających, zaś sama rzeka jest uregulowana. Dolinę porasta mozaika szuwarów turzycowych i roślinności łąkowej. Fragment obszaru, zwany doliną Neru, jest ostoją ptaków o randze europejskiej, natomiast stawy: Okręt, Rydwan, Psary oraz Dolina Bzury mają status ptasich ostoi o randze krajowej. Odnotowano tu występowanie 28 gatunków ptaków z Załącznika I Dyrektywy Ptasiej. Spośród nich 7 gatunków znajduje się w polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt….
Dojazd może być pociągiem, autobusem lub transportem własnym. Wybór uzależniony jest od miejsca w ostoi, do którego chcemy dotrzeć. W Łowiczu lub Kutnie można także znaleźć miejsca noclegowe i punkty gastronomiczne. Na terenach tych znajdują się także liczne gospodarstwa agroturystyczne. Przez obszar przebiega znakowany szlak turystyczny „Polski Walczącej – Armii Krajowej”. Po ostoi można poruszać się również pieszo i rowerem, a rzeka Ner i Bzura nadają się do spływów kajakowych. W rejonie Walewic znajdują się dobre tereny do uprawiania turystyki konnej. W ostoi i jej pobliżu warto zobaczyć pałac i stadninę koni w Walewicach oraz zabytki i muzea Łowicza. Magnesem także przyciągającym turystów do Arkadii w gminie Łowicz jest oryginalny zespół parkowy, założony w 1778 r. przez księżną Helenę z Przeździeckich Radziwiłłową, wg projektu najwybitniejszego architekta ogrodowego epoki stanisławowskiej – Szymona Bogumiła Zuga. Stanowi on, obok Łazienek Królewskich w Warszawie, najlepiej zachowany przykład architektury rezydencjonalnej wczesnego klasycyzmu i epoki stanisławowskiej…. źródło

Zaczyna ostro dmuchać wiatr. Póki jadę na północ to jeszcze jakoś idzie przeżyć, ale jak tylko droga prowadzi w zachodnim kierunku to mam okrutny wmordewind. Bywają podmuchy, że zastanawiam się nad prowadzeniem roweru, bo prędkość jazdy spada dramatycznie. Na chwilkę zatrzymuję się na małym mostku-śluzie Kanału Królewskiego, łączącego dorzecza rzek Warty i Bzury. Wygląda troszkę jak rów melioracyjny, ale podobno organizowane są tędy spływy kajakowe, Bzury i Neru. Widoki super, przestrzeń otwarta, że oko wykol, wieje też nie licho. Tylko co tu robił żuraw? (Za daleko był, by aparat go sfocił).

Kanał Królewski

Spływ Bzurą jest łatwy i praktykowany zazwyczaj od Sochaczewa, ewentualnie od Łowicza. Tu rzeka jest najszersza, a jej przebieg naturalny. Odcinkiem wcześniejszym, od Leśmierza do Łowicza pływa się rzadko, bo rzeka jest tu uregulowana wyglądając niekiedy jak kanał melioracyjny. Spłynięcie tym odcinkiem daje jednak niezwykłą możliwość przedostania się Kanałem Łęka-Dobrogosty, a następnie Kanałem Królewskim do rzeki Ner, a tym samym do systemu rzecznego Warty, a co za tym idzie do dorzecza Odry. Połączenie z kanałem znajduje się w okolicy Witaszewic. Przy nieco wyższym stanie wód możliwe jest też spływanie na górnym odcinku w zasadzie już od okolic Aleksandrowa Łódzkiego, choć rzeka jest tu jeszcze stosunkowo wąska, a o spływach na tym odcinku milczą źródła. Do Bzury można dopłynąć jednym z wielu jej dopływów, a szczególnie polecić należy Rawkę. źródło

Przez wieś Łęka kieruję się na Smolice ale zostawiam je od wschodu i skręcam w lewo. Parę metrów i zatrzymuję się przy zaniedbanym, dworku Zieleniewskich z drugiej połowy XIXw. Pamięta jeszcze czasy Powstania Styczniowego z 1863r. w którym brał udział dziedzic Karol Zieleniewski, a dwór potem, dla jednych za karę dla drugich w nagrodę, przeszedł w ręce rosyjskiego generała. Rodzina odzyskała majatek dopiero z odrodzeniem II Rzeczypospolitej. Tu urodziła się m.in. Maria Ginter, pisarka, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka Powstania Warszawskiego. Na stronie Stowarzyszenia pisarzy Polskich przeczytajcie jej niesamowitą historię, ale polecam i piękne pożegnalne wspomnienie.

Smolice, dwór

Choć dworek figuruje w Krajowym Rejestrze Zabytków to jakby zupełnie o nim zapomniano. Ktoś tam mieszka, co widać i dlatego nie wchodziłem na teren. Żal, że takie perełki niszczeją.

Po drodze mam chwilkę przez las, czas lekkiego wytchnienia od wiatru. Kierunek Grabów przez Teofilki ale wcale tak nie chciałem i przyszło mi jechać troszkę po piaszczysto szutrowej drodze. Jak to ja, muszę się gdzies wpakować ;). Wynagrodzeniem są mi widoki, wielkie połacie pól kwitnącego rzepaku.

rzepak

Trafiam na zachodnie opłotki Grabowa i mam prostą drogę do…

Besiekiery

Miejscowość staje się już niemal kultowym kierunkiem łódzkich rowerzystów 🙂 W przydrożnym, takim troszkę smutnym sklepiku robię pierwsze malutkie zakupy, na drugie śniadanie. No cóż, choć miło było… to jak się potem okazało dostałem jedną bułkę świeżą, drugą chyba trzydniową. Choć pytałem i prosiłem o dzisiejsze. Czyżby cykliści nie byli tam lubiani?

Z progu sklepu widać już tutejszą atrakcję. Ruiny zamku rycerskiego, zbudowanego najprawdopodobniej na przełomie XV i XVIw. Powstał na sztucznie usypanym wzniesieniu otoczonym wodą. Wiele jest miejsc w sieci opisujących dokładnie historię zamku to i nie będę tu wiadomości powtarzał, wystarczy jak każdy wyszukiwarką się posłuży. Polecam jednak zapoznać się z historią miejsca, bo jest naprawdę wciągająca.

Besiekiery, zamek

Jak widać, przez fosę można wejść po drewnianym mostku. Dalej już nie bardzo, o czym przestrzega żołta tabliczka, ale nie byłem pewnie jedyny, który zakaz zignorował i na teren wlazł.

Besiekiery, zamek

Do dziś, choć to ruiny, budowla robi wrażenie wielkością. Wyobrazić sobie trzeba jego mieszkańców w dawnych strojach, sprzęty gospodarskie, codzienną krzątaninę, odgłos końskich kopyt i drewnianych kół wozów na kamiennym bruku czy drewnianym moście przerzuconym nad fosą.

Besiekiery, zamek

Dziś tu trawka jakby przystrzyżona, zieloniutka, cicho jakby makiem zasiał, wiatru nie ma zupełnie, mury osłaniają. Chciałem przysiąść i śniadanko sobie urządzić, ale pomyślałem, że pewnie za chwilę ktoś zwiedzający się zjawi i troszkę tak nie bardzo jak mnie zastanie z bułą w ręku :). Zresztą przed wejściem spotkałem innych rowerzystów, którzy właśnie skończyli zwiedzanie i zbierali się do odjazdu.

Besiekiery, zamek

Czytając kiedyś łęczyckie przewodniki natrafiłem na pewną legendę, związaną z tym miejscem. Wyjaśnia ona skąd wzięła się nazwa miejscowości – kto chce niech wierzy… :).

Z nazwą warowni wiąże się z kolei legenda o rycerzu, który założył się z diabłem Borutą z pobliskiej Łęczycy, że zbuduje od podstaw zamek, nie korzystając przy tym z siekiery. Tak też zrobił, nie wiedział jednak, że jeden z robotników pracujących dla niego nazywa się Siekierka. Rycerz więc zakład przegrał i stracił duszę oraz zamek, który nazwano następnie Besiekierami.
Według jednej z hipotez historyczna nazwa Besiekiery wywodzi się od słowa nordyckiego Besekr, oznaczającego człowieka w skórze, niedźwiedzia. Sugeruje ona, że we wczesnym średniowieczu stacjonowali tutaj Wikingowie, co potwierdza odkryty w nieodległym Lutomiersku masowy grób wojowników skandynawskich. źródło

Na odchodne jeszcze jeden rzut oka na zamek.

zamek w Besiekierach

Pcham się dalej, niemal dosłownie. To co na mapie wyglądało na normalną drogę okazało się piachem i to dość głębokim. Kilkaset metrów muszę pieszo pokonać. Gdy droga jako tako się poprawiła staję na popas 🙂 ależ to brzmi, jeszcze chyba myślami jestem w zamczysku :). Las daje osłonę od tego wiatru, którego jakoś na pogodowej mapie nie dostrzegłem. Będę mieć nauczkę na przyszłość.

Do Smardzewa mam drogę praktycznie cały czas przez las. Drogi raz lepsze, raz gorsze. Wiadomo, że nie jest to jazda asfaltem i prędkości nie takie, ale za to nudy nie ma i wiatru nie ma. który to już raz o nim wspominam? Oj dokuczył mi. Potem znowu teren otwarty i walka, i kierunek na Głębokie, Ponętów i Tarnówkę. Na chwilę zatrzymuję się przy króciutkiej rzeczce Rgilewce. Ma ona swoją całkiem ciekawą historię.

Otóż w styczniu 1945r. niemieckie oddziały uciekały przed idącymi jak taran rosyjskimi wojskami marszałka Gieorgija Żukowa…

…Od strony kutna w kierunku Koła po lini kolejowej jechały dwa działa samobieżne Sturmgeschutz (StuG). W pewnym momencie jedno z nich utknęło. Trzeba było je porzucić. W pośpiechu zaklinował się pocisk, którym miano rozsadzić lufę. Uszkodzono co się dało i zostawiono. Nasz StuG pojechał dalej. Zjechał z nasypu i jadąc wzdłuż jego południowej strony dojechał do rzeki Rgilewki. Tu, w momencie skrętu pod most kolejowy zatonął. Wraz z nim 2 członków załogi. 3 osoby (czyżby jeden z załogi tego drugiego pojazdu?) wyskoczyły. W zamarzających kombinezonach (było ponad -20 stopni!) doskoczyli do pobliskiej wsi. W pierwszym z brzegu gospodarstwie dostali suchą odzież. Jak się okazało jeden z 2 ocalonych załogantów był z pochodzenia Ślązakiem i znał polski. Ubrani i nieco ogrzani ruszyli dalej. Nie uskoczyli daleko. Rosjanie już tu byli. Złapali ich i rozstrzelali. Leżą w płytkim dole – planujemy w tym lub przyszłym roku zorganizować razem z fundacją “Pamięć” ekshumację tych żołnierzy. Rankiem 20 stycznia 1945 r. do Grzegorzewa, bo tak nazywa się wieś w pobliżu, której zatonął nasz wrak, wkroczyły oddziały I Korpusu Zmechanizowanego II Gwardyjskiej Armii Pancernej dowodzone przez płk. Charitona Jesipienko.
Wiosną 1945 r. z zatopionego wraku wypłynęły dwa ciała. Żołnierze radzieccy rewidujący zwłoki po dystynkcjach i odznaczeniach stwierdzili, że ci Niemcy walczyli na Krymie w 1941 i 1942 roku.
W latach 50 dwukrotnie próbowano wydobyć wrak. Do wraku podczepiono stalowe liny, które zaczepiono następnie do 2 czołgów. Stalówki rwały się, a czołgi zakopywały się w torfiastych łąkach. Podjęto jeszcze jedną próbę. Z Kutna ściągnięto dźwig kolejowy. Jednak i tym razem się nie udało. Dźwig niebezpiecznie się przechylał, a szyny kolejowe się wyginały. Wydobyto tylko pale dębowe, które są po dziś dzień w jednym z gospodarstw. A wrak systematycznie zasypywał piach… źródło

Riglewka

Było kilka prób wydobycia wraku z dna rzeczki. Koniec końców 11 lipca 2008r. wrak niemieckiego działa pancernego Sturmgeschütz IV został wydobyty. Podjęto decyzję o rekonstrukcji pojazdu i już rok później Stug był gotowy do jazdy. Filmik z prezentacji można obejrzeć w tym miejscu. Fajna sprawa.

Dwa zakręcenia korbą 😉 i jestem w miejscowości, którą miałem zapisaną by jej nie ominąć.

Grzegorzew

O tej mieścinie napisano już w pierwszej połowie XIIIw. przy okazji darowania wsi przez wielkopolskiego księcia Władysława Odonica arcybiskupom gnieźnieńskim. Zapisałem sobie wcześniej, jako wart zwiedzenia i mi po drodze, tutejszy, drewniany kościół p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Troszkę szczęścia się przydało i drzwi mam otwarte.

Grzegorzew, kościół

Kościół Parafialny p.w. Wniebowzięcia NMP w Grzegorzewie (parafia p. w. św. Mikołaja erygowana przed 1258 r.) Obecny kościół zbudowano na miejscu poprzedniego w 1777 r., a rozbudowano w latach 1885 – 1888 dodając wieżę. Jest to największa świątynia drewniana na Ziemi Kolskiej. Sam kościół jest budynkiem drewnianym, o konstrukcji zrębowej, z zewnątrz oszalowany i kryty gontem. Wewnątrz znajduje się pięć ołtarzy barokowych, konfesjonał rokokowy i rzeźby barokowe. Okucia drzwi pochodzą z XVIII w., a późnogotycka chrzcielnica w kształcie kielicha z bogatymi płaskorzeźbami z początku XVI w. W ogrodzeniu kościoła znajduje się kapliczka z ludową rzeźbą św. Benona. źródło

Grzegorzew, kościół

I znowu ten niepowtarzalny klimat wiekowych, drewnianych kościołów.

Grzegorzew, kościół

dzwonnica, Grzegorzew

Po zwiedzaniu, małej foto sesji i chwili dla ducha pora jechać dalej. Przyzwoite asfalty, przestrzeń otwarta, oczywiście wieje okrutnie w nie tą co potrzeba stronę, ale jakoś humor mi dopisywał. Od czasu do czasu małe zatrzymania, najczęściej na przystankach autobusowych. Słońce świeci całkiem przyzwoicie, ale wcale nie jest za ciepło. Całą drogę mam na sobie długie spodnie i tak jest mi dziś całkiem ok.

Kolejny raz na mapie mam niby asfalt, a tu całkiem przyzwoita leśna droga.

droga

Nie mogłem się nie zatrzymać gdy po obu stronach drogi takie piękne kwiecie 🙂

sad

Jeszcze troszkę walki choć osłaniających wsi coraz więcej i gęściej. Z oddali już widać wieżę i kopułę licheńskiej Bazyliki i wkrótce…

Licheń Stary

Licheń Stary

…Legenda głosi, że wtedy na wzgórzu nad jeziorem, pośród prastarych drzew znajdowała się pogańska świątyńka, w której czczono księcia ciemności – szatana, zwanego po słowiańsku „Licho”. Stąd pochodzi nazwa „Licheń”. Z całej okolicy przychodzili tu ludzie, aby się modlić do wyciosanego w granicie bałwana, składać mu ofiary, odprawiać gusła i zabobony.
W 1969 r. odkopano na wzgórzu tajemnicze głazy i kamienie, prawdopodobnie pochodzące z rozbitego pogańskiego ołtarza ustawionego przed posągiem, a także kamienie rytualne, które służyły do pogańskich obrzędów kultowych… źródło

Warto troszkę poczytać o historii miasteczka. Wielu zacnych ludzi stąd pochodzi, a i dzieje są równie ciekawe. Można skorzystać z cytowanego wyżej źródła.

Pierwsze to muszę znaleźć jakieś lokum. Przejeżdżając przez mieścinę widać liczne ogłoszenia o wolnych kwaterach. Kieruję się jednak w stronę terenu Sanktuarium, wiem, że są tam dwa spore domy pielgrzyma. W pierwszym, nowszym i takim bardziej wypasionym, Arka, miejsca nie znajduję. Wszystko zajęte, a pozostał jeden pokój trzyosobowy, za który musiałbym w całości zapłacić. Drugi, Betania okazuje przyjaźniejszy i w nim znajduję miejsce. Co prawda w pokoju już ktoś mieszka, ale mi to nie przeszkadza. Zresztą, jak się okaże, współlokator nie pojawił się i cały pokój należał do mnie :). Rower natomiast ląduje bezpiecznie, pod zamknięciem, w pralni – takie to podobno stałe miejsce dla rowerowych pielgrzymów.

Melduję się w pokoju, szybki prysznic, przebranie i idę coś zjeść, bom zgłodniał porządnie. W barze, też na terenie Sanktuarium, dostaję smaczny i całkiem, całkiem obiad za naprawdę małe pieniążki. Teraz już kieruję się do Bazyliki.

Bazylika w Licheniu

Największa świątynia w Polsce, znajdująca się na terenie Sanktuarium Maryjnego w Licheniu, powstała w latach 1994 – 2004.
Inicjatorem budowy był ks. Eugeniusz Makulski MIC. Świątynię zaprojektowała architekt Barbara Bielecka z Gdyni wraz z zespołem…
Świątynia w Licheniu, porównywalna z największymi budowlami sakralnymi świata, istnieje dzięki ofiarności pielgrzymów. Nie było bogatych sponsorów ani dotacji rządowych. Cudzoziemcy odwiedzający Licheń są zdziwieni, że możliwe było wzniesienie tak pięknego obiektu wyłącznie z ofiar zwykłych ludzi. źródło

Polecam zajrzeć do źródła cytowanego fragmentu. Tam niemal wszystko o licheńskim Sanktuarium – sporo też obowiązkowych inforamcji dla odwiedzających miejsce pielgrzymów.

Pierwsze to oczywiście czas dla ducha, zresztą trwa właśnie majowe nabożeństwo. Potem dopiero jest czas na zwiedzanie i fotografowanie. Kilka lat temu byłem tu już (nie rowerem) i większąść kątów znam.

Bazylika w Licheniu

ołtarz

Bazylika, Licheń

organy

Dnia by nie starczyło na zajrzenie w każdy zakątek, by wszystko dokładnie zobaczyć, zapamiętać. Ogrom, ogrom wrażeń i ogrom budowli. Stojąc na schodach Bazyliki okiem nie ogarniesz całego terenu. Jest gdzie chodzić, co zwiedzać, kontemplować pielgrzymie, przywiezione tu intencje.

Licheń Stary

Jest i miejsce gdzie można przysiąść, kawy dobrej pokosztować i oczywiście jabłecznikowego ciastka skosztować 🙂

Licheń, Sanktuarium

Dziś jeszcze idę zajrzeć do kościoła św. Doroty. To poprzednie miejsce przechowywania Cudownego Obrazu Matki Bożej Licheńskiej zanim został przeniesiony do Bazyliki 2 lipca 2006r.

kościół św. Doroty, Licheń

kościół św. Doroty w Licheniu

Mała przechadzka po głównej, jak się zdaje uliczce Lichenia, przy której sporo barów, kawiarenek, lodziarni, smażalni i jeszcze więcej stoisk handlowych z przede wszystkim dewocjonaliami. Trochę tak odpustowo, ale też trzeba zrozumieć, że radzą sobie ludzie jak mogę i znajdują tu utrzymanie.

Licheń

Wracam obok kościoła św. Doroty i wybudowanej w centralnej części Sanktuarium góry zwanej Golgotą.

Golgota, Licheń Stary

…Góra powstała jako dzieło pokuty i przebłagania. Jej autorem jest ks. Eugeniusz Makulski. Jak sam opowiada: „Golgota jest wynagrodzeniem Panu Jezusowi za świętokradztwo dokonane przez Bertę Bauer i za świętokradztwo dokonane polskimi rękoma w czasach, kiedy wyrzucano krzyże ze szkół, urzędów, wojska, a nawet szpitali”. Budowa rozpoczęła się w kwietniu 1974 r., trwała około 10 lat… źródło

Na Golgocie zawsze pełno ludzi, celebrującąch Drogę Krzyżową. Zresztą wszędzie ludzi sporo, zapewne to efekt dłuższego weekendu. Na parkingach sporo autokarów z różnych stron ale i jeszcze więcej samochodów osobowych. Pewnie spora część przyjechała tu na wycieczkę, wiedziona atrakcją, zwiedzenia czy też tylko dla zaliczenia miejsca. Wbrew ogólnej opini bardzo dużo młodzieży, większość z nich w zorganizowanych grupach. Po sąsiedzku, w Domu Pielgrzyma widziałem przez chwilę rowerowe sakwy, czyli nie tylko ja dziś tu zawitałem rowerowo :).

Niby odległość do Lichenia Starego nie jest taka duża, ale wiatr wymęczył mnie sowicie. Nie pisałem o tym wcześniej ale dokuczał jeszcze zapach czy raczej smród z pól, na które rolnicy wylali gnojowicę. Jakby wszyscy na raz się zebrali i zrobili to samo w tym samym czasie, może tak trzeba? Noż okrótnie tak jechać. Wieczorem kilkakrotnie musiałem szorować zębiska by w końcu pozbyć się odczucia zapachu w ustach.

Tak kończy się dzisiejszy dzień, generalnie bardzo udany. Kontenty jestem 🙂 Wszak było wszystko, coś dla oka, coś dla zdrowia i coś dla ducha. Jutro do południa mam jeszcze czas na zwiedzanie i powrót. Czy na kołach, to zdecyduję jutro, albo raczej zdecyduje za mnie wiatr.

Od razu zapraszam do przeczytania relacji z drugiego dnia wycieczki 🙂

 

Daj znać znajomym o tym wpisie 🙂