Kraków przez Częstochowę, Ogrodzieniec…

21/25.08.2013r.

Podróż planowana od dłuższego czasu. Przez brak wolnej, urlopowej chwili jedziemy niemal w ostatnim momencie przed rozpoczęciem szkolnego roku.

Powoli zbieramy sprzęt, zaczynając od listy na max. Potem skreślamy z niej to, co uznajemy za zbędne i które można nabyć w drodze. Dla rowerów kompletujemy narzędzia, podstawowe części zapasowe, oliwę do łańcucha, uzupełniamy oświetlenie. Na parę dni przed wyjazdem oddajemy rumaki do przeglądu w serwisie, ale wszystko okazuje się bardzo ok. Też w niemal ostatniej chwili dokupujemy rowerowe sakwy, które wybrane były dość dawno i tylko czekały na swoja chwilę – sprawdziły się doskonale. Do kompletu namiot, karimaty, ubiór – te rzeczy już mamy.

Pakowanie dzień przed wyjazdem – naprawdę nie wiem czemu robiliśmy wszystko na ostatni gwizdek. Jak się okazało w trakcie podróży brakowało nam jedynie kuchenki do zrobienia ciepłego posiłku czy też zwykłej herbaty/kawy. Uznaliśmy jednak, że trzy dni podróży nie wymaga takich luksusów, a po drodze zapewne znajdziemy jakiś bar, by w ciągu dnia zjeść ciepły posiłek i popić go gorącą herbatką.

Dzień pierwszy, z Łodzi do Częstochowy

Wyruszamy z Łodzi ok. godz. 8.00. Zdecydowaliśmy, że jedziemy drogami od zachodniej strony tzw „gierkówki”. Kierunek więc Pabianice.

w drodze, Pabianice

W Pabiamicach nie zatrzymujemy się. Ruch spory, samochody, hałas… Jedziemy w kierunku Bełchatowa. Po drodze malutki postój, wymuszony naturalnie. Niemal punktualnie o 10.00 mijamy tablicę…

Bełchatów

Tu trafilismy do Baru „Śródmiejski”, który bardzo polecamy. Pierogi z mięsem, flaczki, rosół – no ślinka leci, a i ceny bardzo przyjazne. Ruch spory, widać, że miejsce cieszy sie powodzeniem. Najedzeni przycupnęliśmy chwilkę na pobliskim skwerku, vis-a-vis Urzędu Miasta. Ładnie.

Bełchatów, Plac G. Narutowicza

Czasu nieco zmitrężyliśmy, pora jechać dalej. Kierunek Kleszczów, podobno najbogatsza gmina w Polsce. Odczuliśmy to na tamtejszej ścieżce rowerowej. Ładnie to wygląda, nie powiem. Tyle, że przestrzeń otwarta, wiatr hula okrutnie. Obok piękna asfaltowa szosa, po której właściwie nic nie jeździ – przez całą długość ścieżki, ok. 6km, przejechały chyba dwa osobowe auta. Nuda okrutna, jazda wyjątkowo nużąca i przez to męcząca. To chyba najbardziej nudna i smutna ścieżka rowerowa.

Kleszczów, ścieżka rowerowa

Ileż można patrzeć na dymiące kominy

Kleszczów

W samej mieścinie musieliśmy przysiąść na chwilę i ścieżkę odreagować, płyny uzupełnić. Pusto i cicho.

Kleszczów

Pogoda w sam raz na jazdę więc ruszamy w kierunku Sulmierzyc. Dalej Zamoście, Dubidze by wjechać na DW 483. Tu trzeba odnotować, że na drodze z Zamościa do Dubidze młodziutka cyklistka zaliczyła pierwszą, rowerową setkę! 🙂

100km

tę wiekopomną chwilę trzeba było upamiętnić zdjęciem 🙂

Do Częstochowy droga już prosta. Trzeba tylko pedałować. Aura cały czas sprzyja. Zatrzymujemy się jedynie przymusowo – naturalnie. Troszkę goni nas czas. To niemal koniec sierpnia i wcześniej robi się ciemno.

most na Wartcie

Do tej pory droga była płaska. Dopiero przed samą Częstochową kilka pagórków, może nie ostrych ale długie podjazdy. Męczące. Chwilę po 18.00 jesteśmy pod tablicą…

Częstochowa

Tablica ustawiona w połowie bodaj ostatniego podjazdu przed wjazdem do samego miasta. Do najbliższego sklepu musimy dokończyć wzniesienie. Robimy kolacyjno – śniadaniowe zakupy (w nagrodę za dotarcie do celu fundujemy sobie ciasto), zapas wody do picia i mycia, i wracamy. Zjeżdżamy więc z pagórka by znaleźć miejscówkę. Wcześniej już rozglądałem się i trafiliśmy na zakrzaczoną polanę, ok. 50m od drogi. Schowani od ludzkich oczu rozbijamy namiot, chowamy rowery, kolacja. Robi się ciemno – podsumowanie dnia w notesie, paciorek i lulu 😉

Tego dnia oba rowerowe liczniki pokazały 141km.

Dzień drugi, z Częstochowy do Ogrodzieńca

Wczesna pobudka. Niemal zaraz po świcie. Mgła, rosa ogromna, tropik namiotu mokry, rześko. Widok polan super. Ogarniamy się, śniadanie, oblucje, pakowanie i pełni werwy ruszamy do miasta. Marzy się kawa i jak się okaże gorąca czekolada.

świt na polanie

Kręcimy więc pod długą górkę, z której wczoraj zjechaliśmy i wjeżdżamy do miasta. Rozpytując o dojazd do Jasnej Góry trafiamy po drodze do MacDonalda. Tu kawa, gorąca czekolada i wykańczamy zakupione wczoraj ciasto. Dalej już szeroką Aleją kard. St. Wyszyńskiego dojeżdżamy do Sanktuarium

Częstochowa, Al. kard. Wyszyńskiego

Parkujemy w samym centrum, na przeciw Kaplicy Matki Bożej. Dla rowerów przygotowane są tzw łamikółka. Dobre i to. Spinamy rowery i idziemy do Kaplicy na chwilę wyciszenia i modlitwy. Tłum ludzi, wszak to czas sierpniowych pieszych pielgrzymek. Dalej do Bazyliki pod wezwaniem Znalezienia Krzyża Świętego i Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Wracamy

Jasna Góra

 

Kaplica matki Bożej

 

Jasna Góra, Bazylika

By więcej wiedzieć polecam zajrzenie na stronę Sanktuarium. Ruszamy dalej. Jeszcze w Częstochowie zatrzymujemy się przy markecie by uzupełnić zapasy.

Częstochowa

Kierujemy się do miejscowości Poczesna i Kolonia Poczesna by dojechać do DW 791. Po drodze, właśnie gdzieś pomiędzy wspomnianymi mieścinami trafiamy na małe zoo. Przy samej drodze takie zwierzaki zaciekawiły się rowerzystami 🙂

lamy

stado, zdaje się, młodziutkich lam

ptaszysko

zielonego pojęcia nie mam co to za ptaszysko

Wkrótce mijamy DK 1 czyli popularną „gierkówkę”. Jak zwykle duży ruch i tłok. Tu też wjeżdżamy na DW791, kierując się do Myszkowa przez Lgotę-Nadwarcie.

DK1

Po drodze mijamy Jezioro Porajskie. Zatrzymujemy się tylko na chwilkę, żałując, że nie wypadła nam tu miejscówka.

Jezioro Porajskie

 

w drodze

Pogoda nadal sprzyja. Słońce nie przygrzewa, raczej pochmurno. Droga nie jest zatłoczona, samochodów wielu nie ma, asfalt przyjazny więc jedzie się bardzo przyjemnie. W Myszkowie droga tak prowadzi, albo to jej oznakowanie, że trudno z miasteczka wyjechać. Raz widzimy tablicę z końcem miasta by za chwilę widzieć inną, z napisem, że Myszków nas wita. Do dziś tego nie rozumiem.

Z Myszkowa jedziemy do Zawiercia, skąd już rzut beretem do Ogrodzieńca, gdzie wjeżdżamy ok. 17.00. Kierując się od razu do zamku. Nie wchodzimy do środka. Podziwiamy od zewnątrz. Na podzamczu dpoczywamy chwilę przy kawie i zimnym, czekoladowym shaku

Ogrodzieniec, Zamek

Ruszamy drogą DW790 w kierunku Pilicy. Szukamy miejscówki. Vis-a-vis ostatniej posesji pakujemy się w pole, ukrywając się za gęstymi krzaczorami. Rozbijamy namiot, chowamy i spinamy rowery. Wcześniej już kombinowaliśmy jak zdobyć trochę wrzątku i kranówki do oblucji Poszliśmy właśnie do sąsiadującego z nami domu. Właściciel trochę zaniepokojony, szarówka już była, nie dowierzał nam zbytnio. Ostatecznie podarował butelkę wody mineralnej i napełnił wrzątkiem kubki z zupą w proszku. Jeśli przeczyta kiedyś tę relację właściciel posesji w Ogrodzieńcu z ul. Wojska Polskiego 114 – to i tu bardzo mu dziękujemy 🙂

zamek w Ogrodzieńcu

z namiotu mieliśmy taki widok na zamek w Ogrodzieńcu

Drugi dzień podróży liczniki rowerowe podsumowały na równo 80km.

Dzień trzeci, z Ogrodzieńca do Ojcowa

Jak co rano, śniadanie, oblucje, pakowanie, składanie namiotu. Pogoda zapowiada się aż nadto super. Jedziemy, wspomnianą już drogą DW790 w kierunku Pilicy. Tam skręcamy na południe w DW794 i na chwilkę zatrzymujemy się przy zalewie.

Pilica, zalew

Tu już zaczęły się podjazdy. Jak dla nas, nie wprawionych i nizinnych rowerzystów, to jakaś odmiana, ale całkiem męcząca. Krótsze odcinki na spoko pokonujemy, przy długich podjazdach rowery prowadzimy. Za to zjazdy bardzo się nam podobają 🙂

Robi się wręcz upalnie. Dlatego zadrzewione i zacienione drogowe aleje dają wytchnienie i wyjątkowo przyjemną jazdę.

w drodze

Tak dojeżdżamy do Smolenia. Tu zatrzymujemy się by zwiedzić ruiny zamku. Na polanie przed ścieżką, prowadzącą na zamkowe wzniesienie, jest zadaszona wiata i porządne stojaki rowerowe, do których przypięte są już dwa, obładowane sakwami rowery. Po chwili ucinamy krótką pogawędkę z chorzowskimi cyklistami, którzy jadą Jurajskim Rowerowym Szlakiem Orlich Gniazd.

Całkiem stromym, leśnym zboczem wchodzimy do ruin zamku – robią wrażenie wielkością i umiejscowieniem.

Zamek Smoleń

 

Zamek Smoleń

Dalej kierujemy się w kierunku Wolbromia. W południe upał daje się odczuć. Zatrzymujemy się przy tutejszym zalewie. Chłód od wody bardzo przyjemny. Uzupełniamy płyny.

Wolbrom, zalew

Znowu krótsze i dłuższe podjazdy i super zjazdy. Przed samym wjazdem do Skały słychać tylko trzaski rowerowych przerzutek. Zatrzymujemy sie na głównym rynku. Do Ojcowa już niedaleko, dlatego chcemy zrobić zakupy. Na rynku stoi piękna rzeźba bł. Salomei, fundatorki miasta. Dociekliwym polecam zajrzenie na stronę, opisującą i historię miasta, i jego fundatorkę

Skała, pomnik ku czci bł. Salomei

Ze Skały odbijamy na połudnowy-zachód i DW773 dosłownie na łeb, na szyję zjeżdżamy do Doliny Prądnika w kierunku Ojcowa. Szaleństwo na całego, trzeba miejscami hamować by w zakrętach nie wypaść z drogi. Dlatego szybciutko jestesmy w…

Ojców

Na chwilkę zatrzymujemy się przy Kaplicy św. Józefa Rzemieślnika (Robotnika). Dalej, wyjątkową drogą, podziwiamy krajobrazy.

Ojców

 

Brama Krakowska

Szukamy miejsca na nocleg, rozbicie namiotu. Jak się dowiadujemy, jest tu pole campingowe, ale nie chcemy tam, ze względu na rowery. Jedziemy dalej, wzdłuż doliny, wypatrując prywatnych posesji z większym podwórkiem, na którym, nie przeszkadzając, moglibyśmy spędzić noc. Kilka zapytań i trafiamy. Rozbijamy namiot, zdejmujemy torby z rowerów i na lekko jedziemy do centrum Ojcowa na kawę i ciastko.

Dolina Prądnika, Ojców

to jeszcze jedno spojrzenie na urokliwą Dolinę Prądnika

Tego dnia, pagórkami, wykręciliśmy 63km.

Dzień czwarty, z Ojcowa do Krakowa, Wieliczki i Tomaszkowic

Kolejnego dnia wstajemy bardzo wcześnie. Tak by z miejscówki wyprowadzić się jak najwcześniej. Codzienny rytuał i ruszamy. Po kilkuset metrach na południe, wzdłuż doliny, odbijamy na wschód niebieskim szlakiem w kierunku Grębynic, Korzkiewa i Zielonek. Szlak prowadzi przez las, ostro w górę do osiedla domów jednorodzinnych. Potem, już asfaltem, piękny zjazd 🙂

pod górę

niebieskim szlakiem, pod górę, trzeba rowery pchać

Dobijamy do DW794. Jeszcze jakiś podjazd, mały zjazd i …

Kraków

czyli cel osiągnięty

Po wygłupach pod informacyjną tablicą jedziemy do centrum. Kierunek, główny dworzec PKP. Chcemy dowiedzieć się, jak w jutrzejszym dniu kursują pociągi do Łodzi. Okazuje się, że muszę dziś zakupić bilety. W pociągu są jedynie cztery (!) miejsca dla rowerów i jeśli ktoś nas uprzedzi to z rowerami nie wsiądziemy. Ot, całe PKP. O zgrozo, bilety kosztują tyle, co nasze utrzymanie w całej podróży. Albo nie jestem przyzwyczajony do takich cen kolejowych podróży albo to taka drożyzna.

PKP, Kraków

Choć cel już osiągnięty to jeszcze nie koniec dzisiejszej podróży. Wszak odjazd do Łodzi mamy jutro, czeka więc nas jeszcze jedna miejscówka. Jedziemy przez Kraków w kierunku DK94, mijając Wisłę.

Kraków, Wisła

Kierujemy się do Wieliczki i na chwilę się tu zatrzymujemy. Ludzi całe mrowie. Słychać różne języki.

Wieliczka

Jedziemy dalej. DW964 i dwa okrutne podjazdy pokonane. Za nimi kres dzisiejszej podróży, Tomaszkowice. Tu będziemy mieć, już nie namiotową, miejscówkę u bliskiej rodziny. Żeby było weselej, dopowiem, że nikt nie widział o tym, że tu dojedziemy. Niespodzianka wypaliła doskonale, pełne zaskoczenie 🙂

Krótki dzisiejszy odcinek zamknęlismy na poziomie 34km.

Dzień piąty, z Tomaszkowic do Łodzi

Mimo, że nie trzeba, z przyzwyczajenia już, pobudkę robię sobie niemal o świcie. Wszystko pokryte mgłą, rześko.

Tomaszkowice

Odjazd pociągu do Łodzi mamy po południu. Do południa spędzamy więc czas rodzinnie potem jedziemy do Krakowa, troszkę pokręcić się po Starym Mieście. Jeszcze wspólne zdjęcie i …

Tomaszkowice

… chwilę po 13.00 lądujemy …

Kraków

… na Starym Rynku w Krakowie 🙂

Kraków

nad ogniem piekły się barany, ludziska w słońcu

Kraków

Po 15.00 jesteśmy na dworcu, pakujemy się do pociągu. Kierunek Łódź

rowery w pociągu

w takiej pozycji rowery wracały do Łodzi

Nie pojeździliśmy dziś, ale taki był plan. Dla ścisłości, dzień zakończony z licznikowymi 20km.

Podsumowanie 😉

Tak ułożyliśmy plan wyprawy, by najdłuższe dystanse pokonać w pierwszych dniach. Spodziewaliśmy się pagórków po dojechaniu do Ogrodzieńca. Brak doświadczenia nie dawał na początku pewności przejechania wszystkich etapów na tym samym poziomie długości.

Na wstępie już pisałem, że w trakcie podróży trochę nam brakowało kuchenki by samemu przygotować ciepły posiłek i nie być zależnym w tej kwestii. Po, czasami szalonych, zjazdach doszliśmy do wniosku, że jednak kaski w takich chwilach by sie przydały. Czuli byśmy się trochę bezpieczniej. Z drugiej strony, czy te kaski, dając większe uczucie bezpieczeństwa, nie prowadziły by do bardziej ekstremalnej jazdy?

Jechaliśmy głównie drogami wojewódzkimi. Momentami ruch był spory, nie mieliśmy ani jednej niebezpiecznej sytuacji z wyprzedzającymi nas samochodami. Jeden, jedyny raz w centrum Krakowa, kierowca osobowego auta specjalnie zahamował, wymuszając moje ostre hamowanie – ot, taki trafił się jeden burak. Poza tym kilka klaksonów można uznać za swoistego rodzaju pozdrowienia 😉

Czy takie kilkudniowe, rowerowe wycieczki nas wciągnęły? To się dopiero okaże 🙂

Zapraszam do pełnej galerii zdjęć