Podlasie

11/16-08-2014r.

Planowaliśmy i planowaliśmy, i… plany zmieniliśmy. Że jedziemy, że w tym, a nie innym czasie – nie zmieniło się. Jedynie rejon podróży przewróciły wydarzenia nie od nas zależne. W ostanich dwóch, przedwyjazdowych tygodniach mapy więc zmieniliśmy i na nich palcem, całkiem niedokładnie, trasę nową obraliśmy. Kilka jeszcze sprawdzeń odległości w internecie, poprawka na punkt rozpoczęcia, poprawka na dzienne dystansy (skróceniu uległy też ze względu na przyczyny nie za bardzo od nas zależne). Dni więc jakby troszkę ubyło, choć jak się potem okazało… a to chyba z dalszej części opisu wyniknie czy było ich akurat, czy któregoś brakło, czy żal z powrotu do codzienności było 😉

Wcześniej jeszcze kilka niezbędnych zakupów. Podstawą była kuchenka, czyli palnik i butla z gazem. Wybór ogromny. Opisów i testów w necie bez liku. Wybrany zestaw pochodzi z jednego z narzędziowych marketów i sprawdził się znakomicie. Śpiwór też nowy, też marketowy. Jeden (taki sam i z tego samego źródła) od kilku lat przez nas testowany sprawdził się doskonale w letnich warunkach – czego więc szukać więcej? Najdroższym zakupem okazały się nowe sakwy. Powinny przetrwać co najmniej kilka i więcej takich podróży, bo jak się okazało, dały radę popisowo. Raz zmokły sowicie i wody do środka nie puściły, nic się nie odkleiło, nie pękło, nie zerwało. Przyznać muszę, że przed deszczem bardzo chroniliśmy siebie i bagaże, choć często tego robić nie musieliśmy. Aura nam sprzyjała.

Rowery wielu zabiegów naprawczo-konserwacyjnych nie wymagały. Wydatek stanowił zakup jednego, tylnego koła do Treka. Poza tym drobne regulacje i przemontowanie bagażników by bardziej kolorystycznie do całości pasowały. Wspominam o tych bagażnikach, bo jeszcze będzie o nich wzmianka.

Wieczór przed TYM dniem spędzamy najpierw na zrobieniu wielkiego bałaganu w pokoju. Znaczy się, pakujemy ubrania i graty wszelakie do sakw. Układamy, przepakowujemy, przypominamy sobie o czymś ponownie i znowu … tak szubciutko ucieka parę godzin. Emocje skutecznie podnoszą poziom adrenaliny. Musimy złapać trochę snu. Pociąg wcześnie, bardzo wcześnie odjeżdża. To od niego pierwszy, rowerowy, podlasiowy dzień ma się rozpocząć.

Ponieważ nie korzystałem z zapisu trasy GPS i nie mam w związku z tym jej wizualizacji na mapie, to pod znaczną większością opisywanych miejscowości i miejsc linkuję ich położenie na mapie. Myślę, że zainteresowanym pomoże to w zobrazowaniu sobie trasy naszago przejazdu.

Szepietowo – Strękowa Góra, 11-08-2014r. dzień pierwszy

O 4.00 nad ranem jest jeszcze całkiem ciemno, jedziemy na dworzec. Za czterdzieści minut rusza nasz pociąg do Warszawy, tam przesiadamy się do kolejnego, zmierzającego do Suwałk. Na dworcu poznajemy inną rowerzystkę, która, jak się okazuje, też zmierza w naszym kierunku. Jedzie do Sokółki, skąd już rowerem na Białoruś, do mieszkających tam znajomych. Na rozmowach czas szybko ucieka. Wagon typowo rowerowy, po części już zapełniony cyklistami. Do Szepietowa, skąd właśnie rozpoczynamy swoją rowerową eskapadę docieramy dwadzieścia minut przed dziesiątą.

Zatrzymujemy się na chwilę na parkowym, przydworcowym skwerku. Pierwsze zakupy w pobliskim sklepie, pierwszy posiłek. Sprawdzamy mapę. Potwierdzam kierunek u taksówkarza (!) i jedziemy. Kierujemy się najpierw do Wysokie Mazowieckie, by potem już przez Nowe Wykno, Rutki kierować się do Wizny.

Nowe Wykno, Podlasie

Trasa znakomita. Asfalt gładki. Pogoda dopisuje nad wyraz, przypieka nas nawet trochę, robi się duszno.

Rutki, Podlasie

Za chwilę wjeżdżamy w obszar Natura 2000 Bagno Wizna.

Bagno Wizna, Podlasie

Cisza i przestrzeń.

Bagno Wizna, Podlasie

Droga tylko nasza, zupełny brak samochodów.

Bagno Wizna, Podlasie

Parę zakręceń rowerowoą korbą przed Wizną przekraczamy mostem Narew.

Narew, Wizna, Podlasie

W samym miasteczku zatrzymujemy się na mały „popas” przy kościele p.w. św. Jana Chrzciciela. Troszkę zwiedzania. Kruchta otwarta to i wejść do środka możemy.

kościół, Wizna, Podlasie
kościół, Wizna, Podlasie

Oczywiście, że kierowaliśmy się tu by zwiedzić przede wszystkim miejsce bitwy, zwanej Polskimi Termopilami. Kilka pustych zapytań o drogę wśród miejscowych by wreszcie jakiś kierowca, pewnie zuważywszy nasze niezdecydowanie co do kierunku jazdy, nam je wytłumaczył. Drogę to on dobrą wskazał, nam jednak zachciało się jechać wzdłuż pieszego szlaku, tak by ominąć ruchliwą 64.

droga na Górę Strękową, Wizna, Podlasie

Wpakowalismy się okrutnie. Na początku jechało się przyjemnie, potem jednak droga strasznie się popsuła. Pchaliśmy rowery przez większą jej część w głębokim piachu. Nie byliśmy sami. Na podobny pomysł, tyle, że troszke wcześniej, wpadła pewna rowerowa, pięcio osobowa rodzina z Gdańska. Wspólnie pokonywaliśmy ostatnie kilkaset metrów. Jedyną korzyścią były otaczające nas widoki.

droga na Górę Strękową, Wizna, Podlasie

Rowery trzeba zostawić na dole. Kamienno-ziemno-drewnianymi i stromymi schodami trzeba podejść do samych ruin schronu, w którym 10 września 1939r. zginął sławny już kpt. Władysław Raginis.

ruiny schronu Raginisa, Wizna, Podlasie
ruiny schronu Raginisa, Wizna, Podlasie

Z samej góry roztacza się wspaniała panorama na dorzecze Narwii.

Góra Strękowa, Wizna, Podlasie

Oczywiście i nas nie mogło zabraknąć 😉

Góra Strękowa, Wizna, Podlasie

Jeszcze zejście z góry i jedziemy dalej. Musimy dobić do ruchliwej drogi nr 64 by po kilku kilometrach jazdy na wschód odbić na północ. Kierujemy się do miejscowości Strękowa Góra. Szybciutko. Zaczynamy rozglądać się za miejscówką. Na zwiedzanie, popasy czy inne przystanki czasu sobie nie żałowaliśmy. Nie cisnęliśmy na rowerowe pedały do utraty tchu. Ot, wspólna jazda ma nam sprawiać radość i tak już do ostatniego dnia wycieczki. Takie to przyczyny sprawiają, że wieczory jakoś szybciej się zbliżają.

Tuż za mostem na rzece, już na wylocie z wioski parkujemy na wielkiej polanie. Od drogi skutecznie odgradzają nas gęste, wysokie zarośla. Staramy się by nas widać nie było. Nie zapraszamy nocnych gości. Za to widok mamy obłędny. Przestrzeń, cisza… wszystko nasze.

Strękowa Góra, Podlasie

Namiot stoi, rowerki spięte leżą obok – pora na kolację, odpoczynek, rozmowy. Zbiera się na burzę. Niebo robi sie granatowe. W oddali słychać groźne grzmoty, poprzedzane ferią błyskawic. Mamy i widowisko. Z pierwszymi, deszczowymi kroplami chowamy się do „domku”. Jeszcze chwila na pogawędkę, na notatki z dzisiejszego dnia i …

Tego dnia przejechaliśmy całe 65km i wcale to nie był najkrótszy dystans 🙂

Strękowa Góra – Kolonia Krzecze, 12-08-2014r. dzień drugi,

Wczesna pobudka o 6.30. Szkoda dnia na sen. W nocy musiało ostro padać, wszystko mokre. Żadne z nas jednak się nie obudziło. Wczorajszy dzień, wczorajsza krótka noc i wrażenia swoje sprawiły. Gotujemy wodę na poranną kawę, czy raczej jej substytut w postaci 3 w 1, ale i tak, jak na rozbudzenie to jest ok. Ustalamy, że wrócimy się do Strękowej Góry, do miniętego przez nas budynku Ośrodka Edukacji Ekologicznej. Wczoraj widzieliśmy tam fajne wiaty, pod którymi zamierzalismy przygotować i zjeść śniadanie. Szybkie pakowanie sakw, namiot niestety mokry – pakujemy oddzielnie tropik i sypialnię.

W recepcji budynku, do której zaglądneliśmy by o zgodę na skorzystanie z wiat zapytać, zastaliśmy przemiłe dziewczę. Oczywiście się zgodziła, na dodatek udostępniła nam łazienki (pewnie, że skorzystalismy), wodę mogliśmy zagotować w kuchni. Pod wiatami, przy śniadaniu słuchaliśmy miejscowych opowieści, historii i legend o Carskiej Drodze… Żal było się żegnać i odjeżdżać.

Strękowa Góra, Podlasie

Pochmurnie, wczorajsze słońce gdzieś się schowało. Zaraz za mostem na Narwii zaczyna się Carska Droga, czy jak kto woli Carski Trakt. Oj wiele się o niej nasłuchałem, naoglądałem, naczytałem. Wielu rowerzystów swoją trasę tędy wyznaczało. Wjeżdżamy więc i napawamy się spokojem i okolicą. Troszkę mamy nadzieję na spotkanie z gopodarzem tych terenów, czyli łosiem, których w tym roku podobno sporo się tu szwęda. Niestety, nie tym razem.

Carska Droga, Podlasie

Nie zostawiamy po drodze nie zaliczonego ani jednego punktu widokowego. Korzystamy ze wszystkich, wszędzie się zatrzymujemy, wszędzie czas wrażeniami wypełniamy po brzegi.

Długa Luka, Carska Droga, Podlasie

Bo któż z bywalców Carskiego Traktu nie zaliczył Długiej luki czy wieży widokowej na Bagna Ławki? Kto z nich/nas nie wlazł na platformy widokowe? Nie śpieszymy się, czasu spędzamy ogrom:)

Długa Luka, Carska Droga, Podlasie
Bagno Ławki, Carska Droga, Podlasie

Chcieliśmy troszkę wydłużyć sobie drogę, robiąc kółko i wzdłuż pieszego szlaku Barwik wrócić na Carską Drogę. Odbiliśmy więc w lewo by za chwilę znaleźć się na leśnym parkingu. Dalej drogą leśną wychodzimy na łąki. Cały czas rowery musimy prowadzić. Tu jechać niepodobna. Choć jakimś trakiem na gąsienicach ostre trawy skoszone to i ta część szybko się kończy, a dalszą drogę wskazują jedynie wbite paliki. Platformę widokową widzimy tylko z daleka. To nie trasa dla objuczonych rowerów, tym bardziej, że robi się grząsko i koła zapadają się, toną w bagnisku.

Barwik, Carska Droga, Podlasie

Zawracamy i przystajemy na obiad na leśnym parkingu. Jest i wiata więc warunki stołowo-ławkowe wyśmienite. Rozstawiamy manele, kuchenkę osłaniamy od wiatru i gotujemy iście roworowo-turystyczny szybki i pyszny obiadek.

Barwik, Carska Droga, Podlasie

Jak już pojedliśmy to był czas i na sjestę i na zwiedzanie. Po drugiej stronie drogi zaintrygowało mnie siatkowe ogrodzenie. Wlazłem przez dziurę, no trudno, przyznaję się. Leśna polana z częścią szkółki. Jest i wiata z miejscem na ognisko, jest i domek, tak ostatnio popularyzowany, dla wszelkiej maści owadów. Na drzewach wiszą wykonane z drewnianych bali ule dla dzikich pszczół. Ktoś jadł taki miód z leśnej barci? Jest i stalowa, bardzo wysoka wieża, zapewne pożarnicza.

domek dla owadów, Carska Droga, Podlasie
leśne barcie, Carska Droga, Podlasie

Wracamy do asfaltu na Carskiej Drodze i dalej w kierunku Goniądza. Po kilkuset metrach coś jakby metalowego wypadło z mojego roweru. Szukam bezskutecznie, sprawdzam pobieżnie rower, wydaje się, że wszystko jest dobrze. Chwilkę potem spada mi na ziemię bagażnik z całym majdanem. No tego to się nie spodziewałem. Odkręciły się dwie śruby, mocujące bagażnik do ramy i całość trzymała się tylko na śrubach osi koła. Kłopot. W tej chwili nadjeżdżają cztery niezwykle roześmiane, wesołe, trajkoczące jedna przez drugą, przemiłe rowerzystki. Jadą z Ełku i zwiedzają Bociani Szlak. Chwilę rozmawiamy. Oczywiście pomoc w awarii oferują – niestety. Swoimi, wspólnymi siłami, pomysłami, udaje się dopasować inne śruby, które miałem wkręcone w miejscu dodatkowego koszyczka na bidon, a tegoż nie było. Do końca eskapady problemów już nie miałem z bagażnikiem i tak do dzisiejszego dnia jeżdżę.

Carska Droga, Podlasie

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Osowcu. Raz by w tutejszym budynku Dyrekcji Biebrzańskiego Parku Narodowego podstemplować książeczkę PTTK, a dwa by zwiedzić Twierdzę Osowiec. Niestety, jesteśmy zbyt późno i zwiedzanie dziś już nie jest możliwe. Trudno. Kierunek Goniądz obieramy. Daleko nie jest to i dość szybko w granice miasteczka wjeżdżamy. W sklepie robimy zapasy na najbliższe posiłki. Troszkę krążąc trafiamy na taras widokowy z pięknym widokiem na dolinę Biebrzy.

Goniądz, taras widokowy, Podlasie

Odbijamy od głównej drogi i bocznymi, szutrowymi jedziemy przez Dawidowiznę. Po mału rozglądamy się za kolejną miejscówką. Troszkę nam schodzi. Dobrego miejsca nie znajdujemy. To nas zbytnio widać z zabudowań, to pola właśnie nawiezione i zapach gnojowicy skutecznie nas wygania, to pochyło, to kamieni pełno…itp. Jedziemy więc dalej. W Koloni Krzecze postanawiamy spróbować na tzw. „gospodarza”, a jak się okaże – sołtysa. Pierwszy strzał i … pewnie, że możemy, „rozbijajcie się gdzie chcecie”. Chyba lepiej trafić nie mogliśmy. Trawniczek równiutki, przystrzyżony niemal jak na polu golfowym, namiotowe śledzie pewnie trzymają w twardej ziemii. Obok wiata ze stolikiem i ławkami. Nad głowami bocianie gniazdo. No ideał.

Kolonia Krzecze, Podlasie

Po kolacji mamy jeszcze czas, nim całkiem zrobi się ciemno, na krótki spacer i zdjęciową sesję. Stałym jeszcze punktem wieczornego rozkładu zajęć było wysłanie kilku sms’ów. Czasami przeradzało się w to dłuższe rozmowy. Baterie w naszych smartfonach jednak oszczędzaliśmy jak mogliśmy.

Kolonia Krzecze, Podlasie
Kolonia Krzecze, Podlasie
Kolonia Krzecze, Podlasie

Dzień zapełniony wrażeniami po brzegi, a przejechaliśmy jedynie 55km.

Kolonia Krzecze – Jezioro Serwy, 13-08-2014r. dzień trzeci,

Wczoraj poszliśmy spać z przysłowiowymi „kurami”, toteż obudziłem się na chwilę przed świtem. Z boku na bok… nie będę się zmuszać. Wstaję. Pomalutku rozjaśnia się. Zapowiada się cudny dzień, a teraz zaczyna się od wschodu cała feria barw. Zdjęcia tego nie oddadzą, no może troszeczkę.

Kolonia Krzecze, Podlasie

Po drugiej stronie, od pólnocy, łąki wyglądały mniej więcej tak…

Kolonia Krzecze, Podlasie

Nie na darmo się mówi, że kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

Codzienny, poranny rytuał. Śniadamy, pakujemy sakwy, zwijamy namiot, ładujemy wszystko na nasze rumaki i parę minut po 7.00 jesteśmy w drodze. Dzisiejszy plan też do najambitniejszych, pod względem przejechanego dystansu, nie należy. Chcemy by nocleg wypadł gdzieś w okolicach Augustowa.

W Dolistowie odbijamy w lewo by kierować się na Jasionowo, Dębowo, Wrotki, Sosnowo, Białobrzegi i do samego Augustowa. Drewnianym mostem, przejeżdżamy nad Biebrzą. Jest ładne dojście do rzeki to i korzystamy na oblucje. Woda czyściutka, przejrzysta i całkiem ciepła.

Dolistowo, most, Podlasie

Tu asfalt się skończył. Droga szutrowa, twarda i jechało by się dobrze gdyby nie poprzeczna tarka zrobiona kołami traktorów i ciężkich, rolniczych maszyn. Jako wynagrodzenie tych niedogodności mamy wijącą się wzdłuż drogi Biebrzę. Co chwilę więc przystanek i podziwiamy krajobrazy.

Biebrza, Podlasie

Nie dojeżdżając do Dębowa trafiamy na pierwszą śluzę Kanału Augustowskiego i …

Kanał Augustowski, Podlasie

… pierwsze, turystyczne tratwy.

Kanał Augustowski, Podlasie

Stąd wpadamy już na drogę asfaltową. Mijamy Wrotki, Sosnowo. Jedziemy pięknym lasem. Pogoda super, drzewa chronią przed upałem. Odbijamy w lewo do Gabowe Grądy. Tu napotykamy drewnianą, zadbaną cerkiew czy też właściwie molennę starobrzędowców. Obok równie zadbany cmentarz i skromny budynek parafialny. Nie będę tu cytowł tekstów innych, nie będę opisywał tylko zaproszę na stronę, której warto poświęcić chwil parę i dowiedzieć się więcej o tutejszych i ogólnie polskich starowiercach: Philipponia

Molenna, Gabowe Grądy, Podlasie

Nie spędzamy tu wiele czasu. Przez Białobrzegi kierujemy się już bez przystanku do Augustowa. Z Białobrzegów jedziemy krajową 8. Ruch spory, mamy jednak całkiem szerokie pobocze. Troszkę nas na tym odcinku uprażyło, więc już w Augustowie zawitliśmy do marketu po napoje i zapasy.

Augustów, Podlasie

Potem już prościutko do samego centrum. Na Rynku Zygmunta Augusta odwiedzamy Centrum Informacji Turystycznej. Oczywiście kolejna pieczątka do PTTK’owskiej kolekcji i lepsza mapa, która służyła już do końca eskapady. Słońce musiało mi nieźle czerep przygrzać bo plotłem tam dosłownie trzy po trzy. Pogubiłem się w kierunkach, dokąd mamy zamiar jechać, gdzie teraz jesteśmy i skąd przyjechaliśmy, pomyliłem Augustów z Białymstokiem… aż obsługujące dziewczę, widząc, że się nie dogadamy, zrezygnowana odeszła sobie. Wszystko wyprostowała Martuś z innym dziewczęciem z obsługi. Siedząc już na parkowej, zacienionej ławce śmialiśmy się do rozpuku z sytuacji.

Bo ten rynek to bardziej park przypomina. W jego centralnej części jest właśnie takowy, z pierwszej połowy XIX w. zwany początkowo Ogrodem Saskim. Dziś zadbany wielce. Z piękną fontanną, Kolumną Zygmunta Augusta (w Polsce drugą, po warszawskiej) i pomnikiem, upamiętniającym Tym którzy oddali swe życie…. Ładnie wybrukowane alejki, stylowe ławki i dywany z kwiatów. Robi wrażenie 🙂

Augustów, Podlasie
Augustów, Podlasie
Augustów, Podlasie

Pora i Augustów opuścić, choć bardzo przyjemnie siedziało się na ławce z zawiewającym chłodkiem od fontanny. Wpadamy na drogę nr 16 i jedziemy w kierunku Studzienicznej. Trochę ruchliwa droga przez las za to upał już nie dokucza. Zahaczamy jeszcze o Pomnik Leśników Puszczy Augustowskiej.

Augustów-Studzieniczna, Podlasie

Dziś Studzieniczna to jednak część Augustowa. Do nie dawna, bo do 1973r. była odrębną wsią. Otoczenie ma piękne, lasy Puszczy Augustowskiej, Jezioro Studzieniczne i Staw Studzieniczański. Miejscowość czy też część pobliskiego miasta słynie jednak z czegoś innego. Tu bowiem jest Sanktuariu Maryjne Matki Bożej Studzienicznej, które swoje początki notuje na pierwszą połowę XVIIIw. Na połączonej groblą wysepce stoi mała kaplica Najświętszej Maryi Panny z obrazem Matki Bożej Studzieniczańskiej.

Augustów-Studzieniczna, Podlasie
Augustów-Studzieniczna, Podlasie

Na początku czerwca 1999r. podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski Sanktuarium odwiedził Papież Jan Paweł II. Dziś tę wizytę upamiętnia pomnik Papieża.

Augustów-Studzieniczna, Podlasie

Kolejny raz czasu nam tu zeszło sporo, choć faktycznie na zegarek nie patrzyliśmy. Już jedziemy dalej i… zauważam bar, czy też restaurację z reklamą świeżych, tutejszych ryb. Sam nie jadam, za to Martuś i owszem. Proponuję więc i oczywiście z odmową się nie spotykam. Karta dań z rybą w roli głównej całkiem bogata, a specjalistą w tym temacie nie jestem. Pomaga nam inny kolejkowicz i wybieramy lina w śmietanie, dla mnie coś nie rybnego. Zasiadamy na tarasie, pod parasolami. Po chwili nasze dania lądują przed nami i … Martuś mlaszcze w zachwycie. Oczy jej gdzieś odleciały, każdy kęs delektuje, przedłużając czas przełknięcia do granic możliwości by napawać się smakiem… Do dziś wspomina z rozrzewnieniem tę część wycieczki 🙂

Augustów-Studzieniczna, Podlasie

Wszystko co dobre jakoś tak szybciej się kończy. Musimy w końcu jechać dalej. Mijamy kolejną groblę Kanału Augustowskiego i od szesnastki odbijamy w prawo w mniej ruchliwą drogę, prowadzącą lasem w kierunku Suchej Rzeczki. We wsi kolejny raz w prawo na Gorczycę. Szukamy miejscówki. Po kilkuset metrach wjeżdżamy w leśną drogę w stronę jeziora i wzdłuż brzegu znajdujemy znajdujemy kilka miejsc biwakowych. Na, zdaje się, trzecim stoi już całkiem sporo namiotów, miejsca jednak dość by i nasz się zmieścił. Atutem jest ładne dojście do wody z pomostem. Szybka decyzja i namiot rozbity obok wiaty, na której oczywiście po jakimś czasie robimy sobie kolację. Na mapie mogę tylko w przybliżeniu zaznaczyć miejsce. Rowerki tym razem będą sobie stały, przypięte do drzewa 😉

Jezioro Serwy, Podlasie

Jeszcze przed kolacją korzystamy oczywiście z czystej i nawet całkiem ciepłej jeziornej wody. Super tak zmyć z siebie cały rowerowy nalot.

Jezioro Serwy, Podlasie

Kąpiel zaostrza apetyty. Kolacja więc na wiatowym stole. Ledwo zdążyliśmy posprzątać nadjeżdża jakiś samochód. Od innego biwakowego turysty dowiadujemy się, że to zapewne właściciel terenu i robi objazd by od nowych, tymczsowych namiotowiczów pobrać stosowną opłatę. Tak nie chcieliśmy. Nie planowaliśmy opłacać noclegów. W założeniu mieliśmy spanie na dziko by właśnie takie zdarzenia ominąć. I nie idzie tu o oszczędności, o to czy drogo, gdzie taniej, tylko by zasmakować takiej swoistej, pełnej wolności… No cóż, w sekundy namiotu nie zwiniemy. Zabieramy więc kubki z kawą i ewakuujemy się na pomost, skąd obserwujemy dalszy ciąg wydarzeń. Samochód zatrzymał się na leśnej drodze całkiem blisko naszego namiotu. Nikt z niego jednak nie wysiada i po dłuższej chwilii auto odjeżdża. Namiotowy sąsiad dopowiada, że tak się zdarza. Skoro dziś właściciel nie wszedł na pole biwakowe to niechybnie zrobi to jutro ok. 9.00 rano. To nas w zupełności zadowala. O tej godzinie już nas nie będzie w tym miejscu.

Na pomoście za to obserwujemy zachód słońca. Kolejna feria barw nad spokojnym, płaskim jak tafla, jeziorem. Trudno nie upamiętnić takich chwil.

Jezioro Serwy, Podlasie
Jezioro Serwy, Podlasie

Już o zmroku pakujemy się do namiotu. Dziś rowerowe liczniki pokazały 67km, i tyle samo nie zapomnianych wrażeń.

Jezioro Serwy – Jezioro Dusalis, 14-08-2014r. dzień czwarty,

Troszkę przepłoszeni wczorajszą wizytą biwakowego poborcy wstajemy bardzo wcześnie. O 5.00 rano jest nad wyraz rżeśko. W nocy padał deszcz, z drzew spadają ostatnie krople, wokół wszystko mokre. Pochmurno. Jezioro jeszcze lekko zamglone.

Jezioro Serwy, Podlasie

Tradycyjna, poranna kawa i śniadanie. Pakowanie z każdym dniem idzie nam coraz sprawniej. Rowery załadowane i dobrze przed 8.00 jesteśmy już na mokrym asfalcie. Lekko zaczyna mżyć deszczyk. Nie przejmujemy się tym i jedziemy dalej. Kierunek Gorczyca, Strzelcowizna, Głęboki Bród. Asfalt jeszcze mokry, przed ubłoceniem chronią nas błotniki. Lasami jedzie się bardzo przyjemnie. Małe miejscowości szybko uciekają nam spod kół.

leśna droga, Podlasie

Przestało padać, drogi szybko wyschły. W Głębokim Brodzie skręcamy w prawo w DK 16 na Ogrodniki. Naszym dzisiejszym celem jest króciutka wizyta na Litwie. Zaraz za skrętem na chwilę zatrzymujemy się na moście nad Czarną Hańczą. Obserwujemy spławiających się kajakarzy. Potem już dość ruchliwą drogą do najbliższej stacji benzynowej. Tu dzięki miłej obsłudze ładujemy baterie naszych telefonów. Skutecznie blokujemy łazienki, Martuś chyba nie mogła nacieszyć się dobrodziejstwem ciepłej wody z kranu i damska część klientów zaczęła tworzyć nie małą kolejkę :). Na ławkach pod parasolami rozkładamy się z drugim śniadaniem. Muszę znowu się przyznać, że co stacja benzynowa to podkradaliśmy cukier w saszetkach. Całego kilograma nie chciało nam się wozić i nie chcieliśmy by w razie jakiegoś wypadku taka ilość słodkiego narobiła nam lepkiego bałaganu w sakwach.

DK16, Podlasie

Rozpogodziło się. W zamian zaczęło ostrzej dmuchać. Odczuwaliśmy to na drodze ale z przyjemnością, bo wiatr nam pomagał wiejąc w plecy. Dobry asfalt, ruch jakby nieco zmalał, teren lekko pofałdowany, wiatr w plecy, widoki zachwycają to jedziemy całkiem szybko wiele się nie męcząc. Wkrótce osiągamy Ogrodniki.

Ogrodniki, Podlasie

Stąd już rzut beretem do granicy. O dziwo przed samym dojazdem do przejścia granicznego pojawia się ścieżka rowerowa. Całe szczęście, że asfaltem pokryta. Na poboczach liczne budki – kantory. Korzystamy i wymieniamy parę groszy na litewskie Lity.

Ogrodniki, granica Podlasie

Teraz jeszcze parę metrów i wjeżdżamy na opuszczone przejście graniczne. Wszystkie zabudowania zamknięte na głucho. Ruchu nie ma prawie wcale. Od czasu do czasu tylko jakiś osobowy samochód przejedzie. To nie jest droga tranzytowa, z której korzystają TIRy. Oczywiście robimy sobie zdjęciową sesję. Wygłupom i śmiechom końca nie ma. W trakcie mijają nas inni sakwiarze, śmiejąc się z nas, albo i do nas. A co tam 🙂

Ogrodniki, granica, Podlasie

Nie wiem czemu ale po litewskiej stronie już nie jedzie się tak raźno. Widoki zupełnie inne. Sporo opuszczonych gospodarstw, pola zarośnięte chaszczami i droga zdecydowanie gorsza. Jest chyba ścieżka rowerowa, która ciągnie się spory kawałek przed miejscowością, do której zmierzamy, ale bardzo zaniedbana. Choć pogoda całkiem się wyklarowała to jakoś tak … smutno? Wjeżdżamy do Lazdijai, czyli Łoździeje.

Ten nasz litewski wypad to taki mały rodzyneczek, mały plusik. Mały bo nie zamierzamy tu nocowć, a jedynie chwilkę pobyć. Chcemy przede wszystkim wysłać stąd kartki pocztowe. Jak to już z naszymi wyjazdami jest, nikt nie wiedział, że przekroczymy granicę. Kartka pocztowa z litewskim widoczkiem i stempelkiem powinna więc wywołać choć malutkie zaskoczenie ;).

Łoździeje, Litwa

Od razu trafiamy na, zdaje się, główny plac miasta. Jakoś tu nadal pusto, jakby to jakiś świąteczny dzień był. Przed nami wielkie gmaszysko. Zapewne tutejszy Urząd Miasta. Widzimy tabliczkę z informacją o biurze informacji turystycznej. Wewnątrz dwie młode panienki, które ni w ząb po rosyjsku nie umieją się porozumieć, a w języku angielskim nadzwyczaj słabo im idzie. Chcemy tylko dowiedzieć się, gdzie jest Post Office i dostać stemp do książeczki. Bardziej więc na migi wytłumaczony mamy kierunek do tutejszej poczty. Ech, a to dopiero początek.

Łoździeje, poczta, Litwa

Na poczcie wybieramy pocztówki. Mamy czas, przed nami w kolejce tylko dwie osoby, stoimy więc i czekamy, stoimy, czekamy… Jak już doszliśmy do okienka to się zaczęła powtórka z rozrywki. Po angielsku ni w ząb. Rosyjski jakiś taki niechętny, choć pani, z wyglądu ma lat słuszną ilość, zapewne więc pamięta czasy tutejszego ZSRR. Dałem radę dwukrotnie wychodzić na zewnątrz i sprawdzać bezpieczeństwo rowerów, a Martuś dalej kartki kupowała. Ostatecznie się udało 😉

Litewski cel osiągnięty i moglibyśmy już jechać ale mamy czas i mamy jeszcze lity. Może by tak coś zjeść litewskiego, takiego tutejszego? Rozglądam się kogo by tu zapytać i zaczepiam dwie młodziutkie dziewczęcia. Angielski? No problem – i już widzimy łoździejową knajpę. Pusto w środku. karta jest tylko po litewsku, a to przecie miasto przygraniczne. Znowu usiłujemy sie dogadać. Kelnerko-barmanka ni w ząb z nami i tak samo my z nią. Gdy znika nam z oczu wchodzę do kuchni i rozpytuję kucharkę. Nareszcie troszkę po rosyjsku i po chwili na stole lądują przed nami dwa choroszyje chłodniki. Potem jeszcze kawka z ciastkiem.

Po wyjściu troszkę krążymy po mieście. Trafiamy do parku. Ładnie, czysto, zadbane. Tylko jak ma nie być czysto, jak tu nikogo, jak tu żywej duszy nie uświadczysz.

Łoździeje, park, Litwa

Wracamy do granicy tą samą drogą. Teraz jeszcze ciężej bo wiatr mamy z przodu, tzw wmordewind, a teren dookoła otwarty.

granica państw

Po ponownym wjeździe do Ogrodnik z krajowej 16 odbijamy w prawo w kierunku Żegar. Mijamy jezioro Hołny od południa, skręcamy w leśną drogę, kierując się czarnym, pieszym szlakiem. Trafiamy do Krasnogrudy i do tutejszego pięknie odrestaurowanego dworku. Miejsce związane z Czesławem Miłoszem, ostatnim z prawowitych spadkobierców. Dziś gospodaruje tu Fundacja Pogranicze i jest siedzibą Międzynarodowego Centrum Dialogu. Piękne miejsce. Wchodzimy do środka i troszkę się rozglądamy. Jako, że już najwyższa pora na szukanie miejsca na nocleg to czemu by nie zapytać? Lipa, miejsce okazało się niegościnne, nie pozwolono nam rozbić namiotu, choć teren spory. Cóż, trza jechać dalej.

Wracamy do asfaltu tą samą leśną drogą i dalej w kierunku Żegar. Pokonujemy dość stromy podjazd by za nim po prawej ujrzeć małe jeziorko Dusalis. W oddali widzimy niewielką wiatę pod lasem i po krótkiej naradzie decydujemy się tam podjechać. Miejsce okazuje się wyśmienite. Nikogo na horyzoncie, cała wiata nasza, tylko jest spore nachylenie w kierunku jeziorka. Do tego nad jeziorem mamy własny pomost.

jezioro Dusalis

Namiot niestety też stoi na tym nachyleniu. Trudno, pozostałe atuty miejsca wynagradzają wszelkie niedogodności. Tradycyjnie rozkładamy się na wiatowych meblach. Kolacja też dziś rowerowa i na ciepło. Mamy kaszę kus-kus na słodko z bakaliami. Pycha, opychamy się na całego.

jezioro Dusalis

Nim nas zmrok złapie mamy jeszcze trochę czasu. Gadamy, wspominamy trasę już przejechaną, uzupełniamy notatki, na mapie planujemy jutrzejszy dzień. O zachodzie słońca obowiązkowo idziemy na pomost.

jezioro Dusalis
jezioro Dusalis

To był taki troszkę litewski dzień, który zakończyliśmy z licznikowym stanem na poziomie 71km.

Jezioro Dusalis – Jezioro Wigry, 15-08-2014r. dzień piąty.

Wczesna pobudka. Zapowiada się piękny dzień. Rosa spora, żeśkie powietrze, jeziorko ledwie zamglone. Kawa, kanapki i po mału pakujemy się, zwijamy nasz przenośny domek, objuczamy sakwami rowerki i pchamy całość do drogi. Przez Sztabinki kierujemy się na Sejny.

Po dojechaniu do miasteczka od razu trafiamy pod mury Podominikańskiego Klasztoru i Bazyliki Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Jako, że dziś święto i kościelne i państwowe to i sporych rozmiarów parking cały już zastawiony samochodami. W Kościele trwa właśnie poranna msza. Nie mamy odpowiednich strojów i nie wchodzimy. Kilka zdjęć i ruszamy dalej.

Sejny
Sejny

Trafiamy na kolejną stację benzynową. Oczywiście korzystamy z dobrodziejstw cywilizowanej łazienki, czytaj ciepłej wody. Znowu to troszkę trwa ;). Jakaś druga kawa, ciepła czekolada i ruszamy dalej. Tak się dziwnie dzieje, że zamiast z miasta wyjechać znowu trafiamy pod Klasztor i tak dwukrotnie 🙂 kręcimy troszkę po mieście. W końcu udaje się wyjechać. Z głównej drogi skręcamy na południe, na Sumowo, Białogóry. Droga prowadzi pięknym pofałdowanym terenem wśród pól i jezior.

Sumowo, Białogóra, Karolin

Pogoda dopisuje. Dopiero przed Karolinem niebo zaczyna się chmurzyć i wyraźnie zbiera się na burzę. Przyśpieszamy by znaleźć jakieś miejsce, nadające się na schronienie. W Karolinie właśnie trafiamy do Kościoła p.w. św. Rodziny. Trwają prace remontowe małego kościółka i nie ma żadnego daszku, który mógłby nas uchronić przed zmoknięciem. Trudno, ponieważ drzwi otwarte to pakujemy się z rowerami do środka i ustawiamy je w obszernej kruchcie. Sami zwiedzamy wnętrze. Pierwszy raz, czy ostatni to czas pokaże, trafiło się nam wjechać rowerami do wnętrza kościoła. Ot przygody niespodziwane pary rowerowych turystów 😉

Karolin, kościół

Samo wnętrze choć bardzo skromne to widać, że zadbane. Pierwotnie to była cerkiew jednowierców, dopiero od 1918r. budynek został zrewindykowany na rzecz Kościoła katolickiego i uległ gruntownej przebudowie.

Karolin, kościół św. Rodziny
Karolin, kościół św. Rodziny
Karolin, kościół św. Rodziny

Koniec burzy i nadjeżdżające samochody wyznaczyły czas ponownego ruszenia w drogę. Zrobił się ładny, słoneczny dzień, drogi szybko wyschły. Jedziemy na Pogorzelec i dalej lekko odbijamy na północny-zachód. Tu wjeżdżamy na drogi gruntowe, którymi często musimy pchać cały nasz dobytek. Kierujemy się do Ruskiej Budy. Ciekawi jesteśmy w jakiej to okolicy obecnie nam panujący Prezydent B. Komorowski letnikuje. Nie szukaliśmy specjalnie miejsca, ale okolica faktycznie cudna. Cywilizacja jakby zatrzymała się gdzieś dalej od tej wioski. Asfaltu tu nie uświadczysz za to piachy okrutne. Nie dziwię się, że tak tu B.K. chętnie na odpoczynek zajeżdża. Jak to Martuś okresliła: tu jest takie zadupie, że nawet psy nie szczekają:)))

Buda Ruska
Buda Ruska

Kawał jeszcze musieliśmy rowery pchać, do samego lasu. Trochę ochłody i więcej zielonej wigoci potrzebowaliśmy jak nigdy, zrobiło sie bardzo duszno. Do Maćkowej Rudy trafiamy wczesnym popołudniem.

Maćkowa Ruda

Tu zatrzymujemy się przy sklepie. Małe zakupy i siadamy pod parasolami. Robimy sobie taki suchy obiad. Wis’a’wis jest przystanek kajakarzy, spływających tędy Czarną Hańczą. W trakcie naszej biesiady niebo znowu zachodzi granatowymi chmurymi. Zrywa się ostry, burzowy wiatr, a gospodarze zaczynają zwijać, jeden po drugim, parasole. W końcu i nasz. Pytam więc co z nami, na co właścicielka otwiera nam drzwi do przestronnej jadalni. Okazuje się, że w tym sklepie można zamówić domowy obiad i do tej jadalni posiłki są wnoszone z zaplecza. Pakujemy się do wnętrza razem z rowerami i w tej samej chwili burza już na dobre się rozszalała. Dziś to drugi raz gdy udaje nam się szczęśliwie schronić i nie zmoknąć.

Maćkowa Ruda
Maćkowa Ruda

Burza jak szybko się pojawiła tak szybko się skończyła. Powietrze nabrało więcej wilgoci i start był bardzo przyjemny. Jedziemy drogą w kierunku Mikołajewa, lecz zaraz z początkiem lasu skręcamy doń zgodnie z niebieskimi znakami pieszego szlaku. Chcemy jechać jak nabliżej Jeziora Wigry. Coś pokręciliśmy. Pewnie przeoczyliśmy kolejne oznaczenie i nie chcąc już się wracać jedziemy głębokimi piachami dalej. Przecież ta droga powinna nas gdzieś doprowadzić.

Bardzo, a nawet bardziej niż bardzo gruntowymi drogami trafiamy pod bramę obrzymiej stadniny koni. Wielkość, rozległość zabudowań naprawdę robi na nas wrażenie. Jak wyczytałem na stronie jest tam obecnie ponad 90 koni.

Mikołajewo, Stadnina koni

Trafiamy ostatecznie do asfaltowej drogi i po paru kilometrach odnajdujemy nasz, zagubiony niebieski szlak. Ponownie lasem, droga przechodzi w wąską ścieżkę, która czasmi przechodzi w drewnianą kładkę na mokradłami. Nie jesteśmy tu jedynymi rowerzystami, za to jedynymi z sakwami. Pozostali jadą na lekko, wyłącznie na rowerach typowo górskich.

leśna droga

Tak docieramy do brzegów Jeziora Wigry. Zatrzymujemy się przy pierwszym, dogodnym dojściu do wody, tuż przy ścieżce. Na biwakowanie trochę to za blisko ruchliwego traktu, jedziemy więc dalej. Niebo kolejny raz zaczyna pokrywać się chmurami. Widać nad jeziorem, w oddali, jak burza ładnie się zbliża. Przy bodaj trzecim wygodnym dojściu do wody, troszkę dalej od ścieżki, w krzaczorach postanawiamy rozbić nasz domek. Burza już jest na tyle blisko, że czas rozbijania namiotu to co najmniej rekord Polski :). Rowery z sakwmi oparte o drzewa mokną okrutnie, my w namiocie bezpieczni. Szkoda mi by wszystko przemokło, rozbieram się więc i wychodzę po graty. Mokry jestem w sekundzie. Trudno, za to sakwy już bezpiecznie schowane.

burza nad Wigrami
namiot

Słońce natychmiast wszystko wysuszyło. Jeziorko zaczęło troszkę parować. Wiele się nie zastanawiając Martuś wskakuje w kostium i myk do wody. Jakież było jej zdziwienie, gdy przeszła dobre kilkadziesiąt metrów wgłąb jeziora, a wody było ledwo do kolan :)). Wychlapała się więc ile mogła i złorzecząc wróciła 🙂

Wigry

Nie mieliśmy tu wygodnej, stołowo-ławkowej wiaty, ciepła kolacja więc na karimatach. Dziś dania z kuchni węgierskiej i rosyjskiej 🙂 Deser ciastkowo bakaliowy. To jest życie 🙂 Wieczorem o zachodzie słońca… zresztą co będę tu opowiadać…

Wigry
Wigry

Dzień upłynął pod znakiem chyba Wodnika, któremu tylko raz dopisało szczęście. Nam dopisywało częściej przy przejechanych ledwie 45km, za to jakich!

Jezioro Wigry – Suwałki, 16-08-2014r. dzień szósty.

Kolejny rześki ranek. Sąsiedzi, którzy wczorajszego wieczora przypłynęli na stanowisko obok i troszkę balowali jeszcze mocno śpią. Idę do pojemnika wyrzucić nasze śmieci. Przy innym stanowisku zacumowały jeszcze trzy żaglówki. Ładny widok, którego nie można obojętnie minąć. Czy miałbym ochotę tak popływać? Jakoś mnie nie kręci, może dlatego, że nie spróbowałem, albo temu bo lubię twardy grunt pod nogami?

Wigry

Jak co rano moim zadaniem stało się przyrządzenie kawy i kanapkowego śniadania, Martuś w tym czasie ogarnia namiot w środku. Nie śpieszno nam, zapowiada się króciutki odcinek. Dziś ostatni dzień naszych podlasiowych wojaży i dopiero popołudniem mamy odjazd pociągu z Suwałk.

Pakujemy się i dalej w drogę. Zaczyna się tym razem zielony, pieszy szlak i nim kierujemy się w stronę Czerwonego Krzyża. Po drodze mijamy inne, ciekawsze miejsca na biwak, z wiatą choćby, jednak wszędzie ustawione są tabliczki z zakazem – czemu? nie wiem. Wczoraj jednak burza nie dała nam do nich dojechać.

Zielony szlak prowadzi przepięknymi okolicami. Drogi leśne i szutrowe ale dobrze się po nich jedzie. Cały czas jadąc południowym krańcem Wigier mijamy kilka mniejszych jeziorek, a dla upiększenia krajobrazu teren jest łagodnie pofałdowany. W końcu mamy pod kołami asfalt i mkniemy do miejscowości Bryzgiel.

Wigry

Ktoś nam wcześniej polecał odwiedzenie w Bryzglu knajpki, w której podają wyśmienite kartacze. Szukamy więc i trafiamy do sporej restauracji i ośrodka hotelowo-namiotowego w jednym. Trochę wcześnie na takie dania ale przemiła kelnerka załatwiła co trzeba z kucharzami. Oczekując na dania skorzystaliśmy z dobrodziejstw łazienki ;). Po dłuższej chwili przed nami lądują talerze z gorącymi daniami. To półmisek regionalny z kartaczem, babką ziemniaczaną i soczewiakem. No pycha, no objedliśmy się. Na deser jeszcze dobra, czarna kawa i Martusiowy przysmak (nie pomnę już co to, ale smaczne).

Bryzgiel
Bryzgiel

Pora zostawić za sobą smaczne miejsce. Na Gawrych Rudę, Sobolewo i Krzywe droga prowadzi raz lepszym, raz gorszym asfaltem. Pogoda dopisuje znakomicie. Zatrzymujemy się tylko przy starym, nieczynnym młynie wodnym na Czarnej Hańczy. Dziś już wiem, że to Młyn Hamemia. Szkoda trochę, że nic się tu nie dzieje. Wszak to doskonałe miejsce na przyjmowanie turystów.

Młyn Hamemia, Suwalszczyzna

Teraz już szybciutko do Suwałk. Im bliżej miasta, tym asfalt bardziej dziurawy, a sam wjazd wcale nie zaprasza przyjaźnie. Z pobliskiej oczyszczalni ścieków rozchodzi okrutny smród i staramy się jak najszybciej wyjechać poza strefę jego odczuwania.

Suwałki

Od razu zmierzamy na dworzec. Mamy jeszcze sporo czasu, bilety chcemy jednak kupić wcześniej, by potem nie stać w ewentualnej kolejce. Niestety, zgodnie z informacją, kasy otwierają się jedynie na pół godziny przed planowanym odjazdem pociągu – trudno. Rozpytujemy się i jedziemy do centrum by najpierw trafić na Plac Marii Konopnickiej, a potem troszkę wróciwszy usiąść przy McDonaldowym stoliku. Tu spędzamy pozostały czas do odjazdu pociągu. Oczywiście jakaś kanapka, jakaś kawa i dostęp do wifi 😉

Suwałki
Suwałki

Planowy odjazd mamy o 16.40. Na dworcu meldujemy się znacznie wcześniej. Kasa już czynna, kupujemy bilety i pakujemy się do rowerowego wagonu. Nasze rumaki zawisły na wieszakach, sakwy do przedziału i pośród licznej rzeszy cyklistów planowo odjeżdżamy do Warszawy. Jest czas by uzupełnić notatki z ostatnich dni eskapady, pogawędzić, powspominać, pośmiać się. W Warszawie mamy przesiadkę do Łodzi. Tu poznajemy inną parę niezwykle sympatycznych rowerowych turystów i tak wspólnie dojeżdżamy do naszego miasta. Kilka chwil po północy meldujemy się w domku.

wagon rowerowy

Kolejny smacznydzień szybko nam minął. I tak dla porządku, to był zdaje się najkrótszy rowerowy przejazd, liczniki wskazały kolejnych 37 niezapomnianych kilometrów.

Podsumownie 😉

Czas połowy sierpnia to jak się dla nas okazało był doskonałym wyborem na taki sześciodniowy wypad. Pogoda dopisała idealnie. Każdy dzień przynosił inne wrażenia, inne przygody przeżywaliśmy. Nie było nudy, strachu, niebezpiecznych chwil. Spotkani ludzie byli nam przychylni. Pewnie sprzyjało nam szczęście, ale jakby nie spojrzeć, trochę mu chyba pomogliśmy.

Rowery spisały się znakomicie. Poza jednokrotnie spadniętym moim bagażnikiem nie mieliśmy ani jednej awarii. W sakwach i na bagażnikach znalazło się tyle rzeczy ile nam było potrzeba. Korzystaliśmy ze wszystkiego i niczego nam nie brakło. Zabierając dwa aparaty fotograficzne nie zrobiłem tego na darmo. Mniej więcej w połowie foto-dni pierwszy odmówił posłuszeństwa. Zero więc zmartwienia – jest przecież drugi.

Mało kilometrów, krótkie dystanse? Nie przejmowaliśmy się tym. Jak już pisałem na początku trochę na to złożyły się inne, przed wycieczkowe, okoliczności. Sporo czasu spędzaliśmy na zwiedzaniu, zatrzymywliśmy się by podziwiać krajobrazy, by pogadać, czy choćby pośmiać się. Jechaliśmy raz szybciej, raz wolniej (to akurat częściej) Dla nas priorytetem był wspólnie spędzony czas, poznawanie nowych miejsc, radość z jazdy, dobry humor…

Wiem, że opis rochę długi wyszedł. Gdybym tak chciał wiernie odtworzyć notatnikowy zapis i okrasić go zdjęciami to nie wiem czy sam bym dotrwał do końca relacji. Sporo chwil pominąłem, starałem się uwzględnić te najważniejsze. Może wybrałem zły schemat. Może powinienem opisywać każdy dzień osobno?

notatki z podróży

No właśnie, ktoś dotrwał do końca relacji? Nie zasnął przy lekturze?

Tradycyjnie już zapraszam do pełnej galerii zdjęć. Tu jej pierwsza i druga część. Fajnie się ogląda w trybie pełnoekranowym. Myślę, że warto zajrzeć, zdjęć bowiem zdecydowanie więcej, a i nie raz setnie się ubawicie 🙂

Daj znać znajomym o tym wpisie 🙂